BLOG NIE TYLKO O KOLARSTWIE

Tour de France 2017 – 14/21

Trzeba przyznać, że wyścig nam się całkiem fajnie rozwinął. Zapraszam na komentarz po Pirenejach i finiszu w Rodez.

Strata Froome’a w Peyragudes na pewno zaskakująca. Najwyraźniej jego komputerek delikatnie pomylił się w obliczeniach 🙂 Rywale poczuli krew, ale też należy podkreślić, że ten finisz był naprawdę specyficzny. Na tradycyjnych, długich podjazdach będzie bardzo trudno odczepić Brytyjczyka. Sytuacja była jednak o tyle ciekawa, że Froome stracił koszulkę lidera, a do gry nieoczekiwanie włączył się Landa.

W piątek ostrzyliśmy sobie zęby na krótki, pirenejski etap do Foix – i nie zawiedliśmy się. Jak zwykle na tego typu odcinkach oglądaliśmy ataki ważnych kolarzy już w początkowej fazie dystansu (Contador, Landa, Quintana), nie zabrakło też zawiłości taktycznych (Kwiatkowski ścigający Landę czy kolarze Bahrainu i Lotto NL na czele zasadniczej grupy). Aż się przypomniał etap do Formigal na ubiegłorocznej Vuelcie (i Movistar goniący swojego lidera). Po raz kolejny potwierdziło się, że takie odcinki są z reguły najbardziej emocjonujące. Natomiast jeśli do przejechania jest 220 km po górach, to na początku kolarzom zwykle brakuje odwagi do podejmowania zdecydowanych prób (i trudno im się dziwić), a w końcówce – sił.

Wracając jednak do wczorajszego etapu. Sky odważyło się zagrać Landą, w efekcie czego Hiszpan znacząco ograniczył swoje straty w klasyfikacji generalnej. Jest jednak oczywiste, że to Froome ma wygrać ten wyścig. Wiedzą o tym Bardet i Aru, dlatego niespecjalnie atakiem Landy się przejęli i stratę musiał ograniczać w końcówce Kwiatkowski. Bardzo sprytne zachowanie Francuza i Włocha. Inna sprawa, że Aru jest w górach kompletnie sam. Natomiast Bardet naprawdę mi na tym wyścigu imponuje. Wie, kiedy można poszaleć (etap do Chambery), wie, w którym momencie zaatakować (finisz w Peyragudes) i wie, kiedy należy poczekać na ruch rywali (wczoraj po ataku Froome’a sprytnie przepuścił Aru i usiadł mu na kole).

fot. ASO/Alex Broadway

Cóż, miało być tak pięknie – już sobie wyobrażałem jak Quintana atakuje w Alpach, a Landa go kasuje i przypadkiem wygrywa cały wyścig 🙂 Ale finisz w Rodez troszkę moje oczekiwania ostudził. Aru strasznie zawalił tę końcówkę. Rozumiem, że jest osamotniony, ale on nie powinien spuszczać z oka Froome’a i Bardeta na ostatnich 10 km. Tymczasem zaczyna podjazd gdzieś na końcu grupy, podczas gdy Froome kręci na 6-7 pozycji. Paradoksalnie sam fakt utraty koszulki przez Włocha może być dla niego, z racji braku zespołu do pomocy w górach, całkiem korzystny. Jednak strata czasowa, jaką dziś poniósł, jest zdecydowanie zbyt duża. W każdym razie dla widowiska nie jest to dobra zmiana, zapowiada się bowiem na to, że Sky znów będzie kontrolować peleton od startu do mety. Cóż, najbardziej zawiedziony jest Landa 🙂

Tak czy owak wyścig jeszcze się nie skończył – jutro i w Alpach może się wiele wydarzyć. Przyznam, że po cichu liczę na Quintanę. To znaczy – może nie na jego zwycięstwo czy nawet podium, ale na to, że namiesza. Wczoraj sporo odrobił, a nie zdziwię się, jeśli w Alpach będzie znacznie mocniejszy. Może jak Majka w 2014 roku? 🙂

Dziś rano w piekarni byłem 11. w kolejce, miałem więc trochę czasu, by pokrótce przeanalizować cały wyścig. I powiem szczerze, że może się podobać. W GC czterech kolarzy w minucie, a każdy z nich miał już większe bądź mniejsze chwile słabości, poza tym – trzech wygrało etap (dla porównania – rok temu trzeci w wyścigu Quintana tylko raz uplasował się w top 10!). Zresztą wśród triumfatorów etapowych nie ma żadnych przypadkowych nazwisk – z ucieczki wygrali tylko Calmejane i Barguil, czyli uznane marki. Gdyby jeszcze ten Kittel miał z kim rywalizować 🙂

Niemniej – wyścig się broni mimo przeciętnej trasy. I oby tak do końca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *