BLOG NIE TYLKO O KOLARSTWIE

Tour de France 2018 – #5

Kolumna 105. edycji Tour de France przemierzyła już Alpy i Masyw Centralny, ale w programie pozostały jeszcze srogie Pireneje. Nie zabraknie tam wymagających podjazdów, co w połączeniu z kulminacją zmęczenia w trzecim tygodniu rywalizacji może jeszcze odmienić losy wyścigu.

Na ten moment wydaje się jednak, że kandydatów do końcowego triumfu mamy trzech: Thomas, Froome, Dumoulin.

fot. Getty Images

Sporo emocji wśród obserwatorów budzi kwestia liderowania w ekipie Sky. W bardzo ciekawy sposób odniósł się do niej Andy Schleck. Luksemburczyk zwrócił uwagę, że liderem zespołu jest zwykle ten kolarz, którego zapasowy rower na wozie technicznym znajduje się z przodu po prawej stronie – czyli tam, skąd mechanicy mogą go sprawnie pobrać w razie konieczności wymiany sprzętu. Na wozie Sky w tym miejscu przymocowany jest podobno rower Thomasa.

I nic dziwnego. Froome wygrał trzy ostatnie wielkie toury, ale w tym wyścigu pewniakiem nie jest. Ma w nogach Giro i w kilku momentach pokazał już, co prawda niewielką, ale jednak słabość. Thomas z kolei jeszcze nigdy nie przejechał trzech tygodni na takim poziomie i jeśli zaliczy kolaps w Pirenejach – też nie będzie to żadna sensacja. Ale to Walijczyk jest liderem i na ten moment ma przewagę, która pozwoli mu ewentualnie obronić prowadzenie podczas czasówki. Dlatego Skajowcy muszą chronić Thomasa.

Pytanie jak w takiej sytuacji odnajduje się Froome. Przecież on pojechał do Francji po zwycięstwo – a nie 2. czy 3. miejsce. Czy Brytyjczyk podejmie próbę przejęcia żółtej koszulki? Taki atak byłby ryzykowny, bo mógłby nadwyrężyć siły Thomasa i jednocześnie zwiększyć szanse Dumoulina. Ewentualne wewnętrzne gierki w zespole Sky mogą być solą pirenejskich etapów. Jak pisałem ostatnio – nie jestem pewien, czy do końca wyścigu Froome i Thomas pozostaną dobrymi kumplami.

Do miana czwartego do brydża aspiruje Roglić. Słoweniec odrobił nieco w Mende, po raz kolejny udowadniając, że takie krótkie i strome podjazdy są jego domeną (wcześniej pokazał to choćby w Tirreno-Adriatico czy w Kraju Basków). Myślę, że czasówka na przedostatnim etapie jest stworzona dla niego – ale by powalczyć o końcowe podium, musi odrobić trochę czasu w Pirenejach. Chyba nie jest to niemożliwe.

Swoją drogą – już w październiku po ogłoszeniu trasy pisałem, że nie podoba mi się ta długa drużynowa czasówka. I gdybyśmy odrzucili jej wyniki, Roglić zajmowałby 2. miejsce, ze stratą około 1:25 do Thomasa. Jakże odmienna byłaby jego pozycja w drugim dniu przerwy.

No dobrze, przez nami Pireneje. We wtorek etap z Portillon na 10 km przed metą – szczerze mówiąc nie spodziewam się tu rewolucji. Zdecydowanie większe oczekiwania mamy w kontekście odcinka środowego. Zaledwie 65 km z trzema trudnymi podjazdami – tu może dojść do decydujących rozstrzygnięć. Finałowe Col du Portet po raz pierwszy pojawi się na Tourze i będzie to najtrudniejsza pirenejska wspinaczka w historii Wielkiej Pętli (16 km; średnio 8,7%; meta na wysokości 2215 m n.p.m.). Nic więcej chyba nie trzeba dodawać. Widoki będą mniej więcej takie:

fot. cycling-challenge.com

Miejmy nadzieję, że Pireneje nie zawiodą i dostarczą nam sporo emocji. Bo jak dotąd, mimo dwóch ciekawych etapów w Alpach, ten wyścig jest w moim odczuciu jednak niespecjalnie zachwycający.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *